Historia Powstania Polskiego Kościoła w Bogdanówce

Wtedy kiedy ja miałem zaledwie sześć lat (w 1908 roku), ruch polskości budził się gwałtownie z letargu. Do wszystkich wiosek wędrowały wtedy czytelnie Towarzystwa Szkoły Ludowej. Taka właśnie czytelnia, w której było masa przeróżnych książek, mieściła się właśnie w naszym domu. Tworzono po wioskach Kółka Rolnicze oraz patriotyczne związki jak ,Drużyny Bartoszowe’ i oddziały ,Sokołów’.
Wieczorami zimowymi Nowak Marcin czytał na głos jakąś opowieść, a reszta szyjąc czy przędzą kądziele wszystko słuchało do późnej nocy.
Że ruch polskości na tych ziemiach budził się ze zdwojoną siłą, na to złożyły się różne podstawowe przyczyny. Zbliżał się rok 1914, gdzie miał nastąpić konflikt zbrojny pomiędzy naszymi zaborcami. Był to zew całego polskiego narodu pod trzema zaborami, który dążył do wolności. Każde miasto, miasteczko, wieś czy zapadły zaścianek miał coś do myślenia i do powiedzenia. Nasza Bogdanówka miała ku temu też swoje pretensje. A dlaczego? Opiszę w dalszych stronicach.
W takich miastach jak Lwów, Kraków czy inne Józef Piłsudski tworzył Drużyny Strzeleckie, które miały stać się legionem i armią polską do walki o niepodległość. Ciężka to była praca i myśl, gdy do jednego zaborcy ostrzono miecze, a drugi siedział na karku. Ten ruch polskości nie podobał się naszym sąsiadom Rusinom, czyli dzisiejszym Ukraińcom jak oni wolą się nazywać obecnie, a przeważnie ruskim księżom, którym grunt usuwał się spod nóg. Walka między kościołem rzymsko-katolickim a grecko-katolickim stawała z roku na rok coraz ostrzejsza. Była to walka nie tylko o dusze, jak to się wyrażali i jedni i drudzy, ale była to walka polskiego narodu o odzyskanie tego, co się utraciło w czasie 126 letniej niewoli zaborców. Aby tę walkę rozpocząć musiała być jakaś podstawa. Znaleziono ją wnet w dwóch rywalizujących z sobą kościołach.

Oto mały przykład. Jak wspomniałem już, to w Bogdanówce jakiś szlachcic zbudował kapliczkę, która sięgała trzech wieków. Stanęła ona na pewno jak na ówczesną małą wioseczkę w samym jej sercu. Na pewno do tej polskiej kaplicy szli modlić się Rusini też i to przez długie lata. Kiedy wieś rozrosła się i owa kaplica stała się za mała więc nikt ją nie powiększył tylko Polka pani Paprocka. Ludność wioski była większością polską, jak wskazują na to dowody. Po ostatnim rozbiorze polski i po dwóch powstaniach nasi zaborcy rzucili kość nienawiści między lud polski i ruski w stosunku do polskiej szlachty, która robiła im dużo kłopotu.

Fotografia z pamiętnika Jana Domańskiego

Historyczna Kaplica w Bogdanówce. Rysunek z pamięci – Jan Domański.
Zamieniona na cerkiew grecko-katolicką pod wezwaniem Świętej Anny. Zbudowana była z olbrzymich dębowych brusów z dawnego lasu w Bogdanówce. Do 1908 roku była kryta gontami. Potem pokryto ją blachą. W czasie tego remontu przebudowano też wieżyczkę, która do tej pory miała styl kaplic polskich i zbliżono ją do kopuł cerkiewnych. Kaplicę otaczał wieniec jesionów i lip, które liczyły ponad sto lat. Władze dla bezpieczeństwa kazały te jesiony wyciąć wiosną 1914 roku. Została ona zniszczona przez Niemców w czasie wojny, kiedy liczyła ponad 280 lat. Nie wiadomo kto był fundatorem tego zabytku, jedynie archiwa stare wiedziały jej pochodzenie.

Tak się wtedy utarło wśród prostego ludu na wschodnich terenach, że język polski jest językiem często pańskim. Głupia nasza szlachta miała z tego honor, że zaborcy odróżniała ich mianem szlachty jakby ziarno od kąkolu. Nie rozumiała ta rozbestwiona w znacznym procencie inteligentna hołota, jak wielki błąd czyni wobec państwa i własnego narodu. Błąd szlachty i odraza prostego ciemnego ludu dała te wyniki korzystne dla zaborcy, że język polski począł zanikać, a lud czystej polskiej krwi począł przyswajać sobie język rzekomo chłopski, czyli ruski. Długie lata takiej ewolucji zdziałały, że język polski pozostał tylko w miastach i na szlacheckich dworach. Lud polski po wioskach został w 60% zrusyfikowany. Przez długie lata szlachta nie rozpaczała nad tym, co się stało, a więc była to wina nie tylko zaborców, lecz i naszej szumnej polskiej szlachty. Jest całkowicie mylne, jeśli ktoś powiada, że Małopolska była w 70% ruska. Powyższe fakty wskazują, co doprowadziło Polaków do zrusyfikowania.

Ileż to było ludzi w naszych stronach, którzy mieli nazwisko czysto polskie a byli przecież Rusinami. Dębicki, Jaworski, Skowroński, Szydłowski, a nawet Nowaki stali się Rusinami, a dziś Ukraińcami. Taką to drogą nasza polska kaplica w stylu starosłowiańskim została po śmierci pani Paprockiej zamieniona na cerkiew grecko-katolicką. Na parafiach wiejskich osadzono tylko księży ruskich. Parafie polskie utrzymały się tylko w wielkich skupiskach w miastach i z małym zaledwie procentem we wioskach.

Kiedy na tron austriacki wstąpił cesarz Franciszek Habsburg I, który czuł do polaków pewną sympatię, szykując się do rozgrywki z Rosją, wtedy to do Parlamentu w Wiedniu poczęły napływać w formie posłów z Galicji wysokie osobistości polskie. Ci zrobili, że w szkołach poczęto na nowo uczyć język polski, a we wszystkich urzędach powiatowych czy wojewódzkich wykładowym językiem stał się język polski. Polscy księża poczęli częściej z miast zaglądać na wioski i wskrzeszać latergową polskość. Była to jednak misja bardzo ciężka, gdyż po wioskach kościołów polskich było mało, natomiast te, które były w formie historycznych kaplic, były w użyciu Rusinów bodajże sto lat. Ruscy księża widząc, o co tu chodzi, starali się polski lud trzymać przy cerkwi, mówiąc, że ,Boh jest na Świtu odeń’ (Bóg jest jeden na świecie). Na dowód tej szczerości mianowali Polaków starszymi braćmi i komitetami cerkiewnymi. Jest jasny dowód, że Polak Michał Laskowski był w Bogdanówce przy cerkwi starszym bratem całe czterdzieści lat.

A oto jeszcze jeden przykład, który może obrazić każdego Polaka, myśląc po polsku. Działo się to przy końcu lat 1890 za ruskiego księdza Kupczyńskiego, który był na parafii Białkowce-Bogdanówka. Ksiądz Kupczyński pochodził z ojca Polaka i matki Rusinki. Ojciec jego zmarł, gdy on liczył sześć lat. Matka wychowała go po rusku i wykształciła na ruskiego księdza. Chociaż był on ruskim duchownym to jednak być może, że we krwi jego pozostała jakaś cząstka krwi polskiej, która jak iskra na dnie jego serca tliła się i żyła. Za tego to Kupczyńskiego powstał w naszej cerkwi pożar, który zniszczył część sanktuarium i tak zwane ,carskie wrota’. Ksiądz Kupczyński odniósł się do ludzi, ażeby składali datki na odremontowanie świątyni. Rusini powiedzieli, jeśli Polacy są starszymi braćmi, to niech oni dają. Wtedy Polacy złożyli swoje donacje i odremontowali cerkiew. Ksiądz Kupczyński w Hołdzie ofiarodawców, a może miał w tym inny cel, kazał nad carskimi wrotami wyryć wszystkie nazwiska ofiarodawców i oto na dodatek w języku polskim. Każdy z nas pamięta ten napis nazwisk. A był to Michał Laskowski, Jan Nowak, Jan Pająk, Michał Marciniszyn, no i dwóch Rusinów Stefan Jaremko i któryś Szamryk. Napis ten trwał nienaruszany długo, bo aż do przyjścia nowego księdza na nazwisko Fedenyszyn, którego ja troszku sam już pamiętam. Fedenyszyn był wrogo nastawiony do tego polskiego napisu. Nie mógł ich zniszczyć, bojąc się zrazić ofiarodawców i w ogóle Polaków, z których miał przecież pewne dochody, więc starał się nie znacznie zdrapywać stopniowo poszczególne litery, aby nie rzucało się tak jaskrawo w oczy polskością. Jednakowoż ludzie to zaraz zauważyli i zagrozili księdzu, ażeby on tego nie robił. Za księdzem obstała pewna część Rusinów, więc na tym tle rozpoczęła się między Polakami a Rusinami kłótnia. Ksiądz Fedenyszyn widząc, że zrobił swoją robotą rozłam wśród ludzi więc aby utrzymać Polaków, zaparł się jak Judasz, że to nie on zrobił tylko ktoś z przeciwnych ludzi. To Polaków nie uspokoiło, tylko jeszcze gorzej rozgoryczyło. Napis został napisem dalej, chociaż trocha zniekształcony.

Tak trwało aż do chwili kiedy Hieronim Sykora zbudował grobowiec rodzinny a na nim piękną murowaną kaplicę. Wobec tego, że była już kaplica polska więc ksiądz polski z Jezierny począł tu dojeżdżać i odprawiać Mszę Świętą. Począł dzieci polskie uczyć katechizmu w języku polskim, spowiadać, chrzcić, grzebać umarłych, dawać śluby i święcić potrawy wielkanocne.

Kaplica i grobowiec Hieronima Sykory. Rysunek z pamięci 10 maja 1949, Jan Domański. Fotografia z pamiętnika Jana Domańskiego Do tej kaplicy ludność Bogdanówki i Białkowiec chodziła się modlić do roku 1913 aż do pobudowania kościoła. Nie pamiętam daty jej zbudowania. Chociaż była tak nad drzwiami wyraźnie wyryta. Wydaje mi się, że to był rok 1895. W grobowcu przed wojną 1939 roku było cztery trumny, pani Sykorowa, dwóch synów Hieronim i Tadeusz i ostatni stary Sykora. Została ona całkowicie rozbita przez Niemców w czasie wojny, kiedy dobiegała 50 lat swojego istnienia. Była to piękna kaplica wzniesiona przez samego Hieronima Sykorę.

Ksiądz polski z Jezierny na nazwisko Horeczy był bardzo aktywny w swojej pracy nie tylko duchownej, lecz patriotyczno-narodowej. Był on podobno bardzo długo, bo ja się urodziłem za jego czasów, on mnie uczył katechizmu i za niego chodziłem do Pierwszej Komunii Świętej. Na kilka lat przed Pierwszą Wojną Światową powstała pomiędzy księdzem Horeczym a Fedenyszynem zacięta walka o dusze polskie. Horeczy w swoich świetnych kazaniach wzbudził w uśpionych sercach polskich przekonanie do miłości polskiej mowy i ojczyzny. Fedenyszyn już nie chodził po kolędzie po domach polskich, a tym samym urwały się jego dochody i to doprowadzało go do szewskiej pasji.
Pewnej Wielkiej Soboty ja jako chłopak widząc, że Rusini niosą święcić paski, a były wtedy święta razem, zapytałem matki — Dlaczego my nie niesiemy święcić?
Matka odpowiedziała, że — My nie Rusini, do nas przyjedzie zaraz święcić nasz ksiądz Horeczy.
Pamiętam jak rok rocznie, przyjeżdżał ten sam ksiądz święcić potrawy wielkanocne i zawsze z sutanny wyciągał cukierki i dawał niby to grzecznym dzieciom.

Tarcie pomiędzy dwoma księżmi doszło do takich rozmiarów, że ksiądz Horeczy poddał myśl Polakom, ażeby zbudowali sobie swój własny kościół. Ta myśl bardzo się prędko przyjęła. Pamiętam jak pewnego jesiennego wieczoru w domu mojego ojca, zebrało się dużo chłopów i radzili nad budową kościoła. Wybierali oni wtedy Komitet Budowy, deklarowali pieniędzy i szli kolejno do stołu się podpisywać. Na zakończenie pili wódkę i jedli chleb ze słoniną. Marciniszyn Tomasz gruby i wąsaty wójt coś tak dużo gadał.

— Mamo co ci chłopi będą robić? — zapytałem matki.
—Toć słyszysz, że będą budować kościół.
— Gdzie mamo będą budować?
—Tam koło Rudyka na drodze za cerkwią — odpowiedziała.
— A kiedy mamo, już jutro?
— Jutro, jutro! Siedź cicho i nie dokuczaj.
Na następny dzień padał jesienny deszcz, a ja zerwałem się i jazda zobaczyć jak oni ten kościół będą budować? Byłem rozczarowany, gdy na tym miejscu nie było żywej duszy. Matka śmiała się do rozpuku i mówiła — Och ty głuptasie, toć widzisz, że nie ma kamieni jeszcze ani cegły. Oni będą budować, ale aż na przyszłe lato.

Na przełomie roku 1909-1910 chłopi zwozili całą zimę kamienie, cegłę i piasek. Ojca prawie każdego dnia nie było w domu, bo ciągle po coś jechał. W ciągu zimy spiętrzyły się stosy kamienia, cegły, piasku i drzewa. Wczesną wiosną 1910 roku wykopali olbrzymią jamę i poczęli gasić wapno, wożąc wodę beczkami ze stawku. Gdzieś w połowie kwietnia przyjechał z planami inżynier Łańcucki i architekt Stawarski i poczęli tyczyć rowy fundamentów. Wtedy wszystko, co żyło ruszyło z łopatami kopać głębokie rowy. Rozgorzała praca na dobre i rozgorzała też kłótnia pomiędzy Polakami i Rusinami. Rusini wyszli całą gromadą zabronić budowę dlatego, że kościół budowano na gminnej drodze. Przyszli żandarmi i usunęli krzyczących. Faktycznie była to droga gminna, ale bez wielkiego znaczenia, bo tuż obok była droga druga do użytku ludzi. Rada gminna większością głosów zgodziła się na zlikwidowania tej drogi i oddanie placu pod budowę kościoła. Uchwała zapadła bez trudności, bo w radzie gminny byli większością Polacy na czele z wójtem. Starosta w powiecie też był Polak i bez dwóch zdań przyjął uchwałę i zatwierdził plan budowy.
Nie wszyscy jednak Rusini byli uporczywego zdania. Byli też tacy, którzy dawali swoje datki i jeździli końmi zwozić materiały.
Pamiętam jak przy poświęceniu kamienia węgielnego przez księdza Horeczego podpisywali się pan Hieronim Sykora, pan Doktor Hajny, ksiądz Horeczy, inżynierowie Stawarski i Łańcucki, wójt Tomasz Marciniszyn i jeszcze kilka osób obcych, którzy przybyli tu z urzędu na uroczystość poświęcenia.
Wtedy to znowu kupa hałaśliwych Rusinów wyszła z krzykiem, wymachując rękami i grożąc księdzu Horeczemu. Ksiądz podszedł spokojnie do nich i zapytał
— Po co wy ludzie tak hałasujecie? Czy naprawdę ten dom Boży będzie wam aż tak na przeszkodzie?
Wtedy to Hypka Szamryczka poczęła pyskować
Polaky, stawyty kościól na dorozi a my kuda budemo jizdyty? (Polaki, stawiacie kościół na drodze a my któredy będziemy jeździć?)
Ksiądz spojrzał na głupią babę i powiedział
— Bądź spokojna, na cmentarz, gdy umrzesz znajdzie się droga odwieźć trumnę.
A szczobim prodała ciłyj swi majetok to toj kościół ne budy stojaty. Stawty a ja sprowadżu kanona i jeho rozwalu. (Jak bym sprzedała cały swój majątek to ten kościół nie będzie stać. Stawcie a ja sprowadzę armatę i jego rozwalę).
Ksiądz na te głupie słowa zaśmiał się na głos i powiedział
— Wiesz ty kobieto, że prędzej pęknie twoja głupia głowa niż mury kościoła.

Budowa przy pomocy Bożej i hojnej ofiarności ludzi nie tylko z Bogdanówki, a nawet z dalszej i bliższej okolicy rosła dość szybko. Właściciel dóbr w Pruniatynie ofiarował kamień na całą podmurówkę. Dyrekcja kolejowa dała kamień na cały fundament dla wypełnienia rowów. Hrabia Cieński z Pieniak dał drzewo ze swych lasów na wypalanie cegły. Pan Sykora i pan Hajny wobec tego, że byli w komitecie, też sypnęli swoją porcję. Episkopat we Lwowie oraz Starostwo w Zborowie nie pozostało na uboczu. Kosztorys kościoła wynosił 40 tysięcy koron austriackich, a to jak na 45 polskich rodzin w Bogdanówce, była suma dość poważna, bo wypadało na każdą rodzinę około 1000 koron. Gdyby nie pomoc dobrych ludzi z dala to zbudowanie takiego gmachu byłoby bardzo ciężko.
Rozpoczęta budowa wiosną 1910 roku została uwieńczona w roku 1913, że na pobudowanej pięknej świątyni dominowała ponad wiejskimi chatami tonącymi w zieleni smukła gotycka wieża, a na niej jaśniał w słońcu krzyż ku chwale Bożej i ku chlubie wioski. Ksiądz Horeczy był tutaj po kilka razy w tygodniu. On to był całą sprężyną, że okoliczni panowie i ludzie tak hojnie przyczynili się do tej budowy.

Kościół Matki Boskiej Szkaplerznej w Bogdanówce. Rysunek z pamięci 8 lutego 1949. Fotografia z pamiętnika Jana Domańskiego. Zbudowany w roku 1919 kosztem 40,000 koron austriackich nie licząc mozolnej pracy naszych ojców. Główny kontraktor F. Stawarski, inżynier technik J. Łańcucki. Dach i wieże kościoła wykonał Jan Nowak i Michał Majbroda z Bogdanówki. Przewodniczący Komitetu Budowy wójt gminny Tomasz Marciniszyn oraz ksiądz Horeczy, Hieronim Sykora i inni.

Wiosną 1914 roku został kościół wyprawiony wewnątrz, wstawienie posadzki okien, drzwi i prowizorycznego Ołtarza. Tuż przed wybuchem wojny został uroczyście poświęcony i oddany do użytku. A więc po czterech latach żmudnej pracy naszych ojców stał prawie że wykończony.

Hypka Hryńkowa Szamryka jakoś nie sprowadzała, jak przyrzekała „kanonu”. W późniejszych latach straciła ona cały swój majątek, a kościół stał i stoi do dzisiaj, mimo że przeszły tak straszne dwie wojny.

Jan Domański

Dodaj komentarz

W archiwum