Początki Rodziny Domańskich w Bogdanówce

Pan Paprocki i Domański w Bogdanówce

Dominik Domański, ojciec mojego pradziada, czyli mój prapradziad był serdecznym przyjacielem pana Paprockiego. Na podstawie dokumentów moich poprzedników działo się to w bardzo burzliwych czasach kiedy w Polsce panował niesamowity chaos rozbiorów i powstań. Tragedia polskiego narodu spławiła się wtedy potokami krwi i tysiącami ofiar ludzkich żyć. Najlepsi synowie ojczyzny ginęli na polach bitewnych lub wywożeni kibitkami na zesłanie w bezkresne stepy sybirskie, by tam z dala od Ojczyzny zginąć w pracach katorżnych, które stosował wówczas bestialski carski rząd. Bardzo mały odsetek deportowanych wrócił na łany Ojczyzny.

Taką też ofiarą padł Dominik Domański. Został wywieziony na Sybir i ślad po nim zaginął. W ślad po jego deportacji, za zbyt wysokie przewinienia powstańcze nastąpiła konfiskata jego majątku, który posiadał za Rawą Ruską na pograniczu dawnego Królestwa Polskiego i Małopolski, czyli dawnej Galicji. Pozostała osierocona żona i czworo dzieci bez dachu nad głową. Najstarszym z dzieci był właśnie mój pradziad Błażej Domański. Młodsze rodzeństwo to dwie córki, Teofila i Anna i najmłodszy synek Ksawery. Te właśnie osoby były wymienione w testamencie mojej praprababki, której było na imię Leokadia. Jakie było panieńskie nazwisko praprababki, testament nie uwidocznił.
Praprababka zrobiła u kresu życia testament, czyli podział majątku, który przed konfiskatą posiadali, licząc widocznie na zmianę czasu, żyjąc nadzieją, że czas swoje zrobi i skonfiskowany majątek wróci do ich prawowitych właścicieli. Były to jednak nadzieje złudne, bo to się nigdy nie stało.

Pan Paprocki jako serdeczny kolega zaginionego Dominika zlitował się nad osieroconymi dziećmi i żoną, więc zabrał Leokadię z rodziną do swego dworu, który posiadał w okolicy Gródka Jagielońskiego. Mój pradziadek chował się i wzrastał na tym dworze. Pan Paprocki miał syna w tym samym wieku, jak Błażej Domański. Chłopcy wspólnym pożyciu bardzo się przyjaźnili i żyli jak bracia. Nadszedł czas pełnoletności i obydwa się pożenili. Młody pan Paprocki poślubił pannę, która otrzymała w posagu folwark w Bogdanówce.
Dominik Domański nie posiadał już żadnego majątku. Tu bez trudu można się domyślić, że ciężko było tym dwom przyjaciołom rozstawać się z sobą, więc pan Paprocki zabrał Błażeja z żoną do Bogdanówki w charakterze zarządcy dworu.
Trudno wiedzieć, jaki był to rok? To jednak jest pewne, że obydwa byli wtedy bardzo młodzi. Z pewnych danych wynika, że przybył on do Bogdanówki między latami 1840-1850, czyli za dziesięć czy więcej lat po powstaniu w 1831 roku. Od tej mniej więcej pory datuje się początek istnienia rodziny Domańskich w Bogdanówce.

Co się stało z dwoma siostrami i z bratem pradziadka Błażeja? Tu jest trudno wyłuszczyć ziarno prawdy, to jednak jakiś potomek, a na pewno syn Ksawerego żył w Kryholcu, bo mój dziadek Bartłomiej jeździł tam kilka razy w gościnę. Mówił mi o tym mój ojciec Mikołaj, który też był tam dwa razy; raz mając lat osiem, a drugi raz w 24 roku życia, będąc tam na wielkich cesarskich manewrach, gdy służył we wojsku austriackim i to dało mu sposobność gościć tym razem już po raz ostatni u starej rodziny Domańskich.

Po przyjeździe Błażeja do Bogdanówki urodzi się Bartłomiej, czyli mój dziadek, a za nim była następna dziewczyna na imię Tekla. Więcej dzieci nie było.
Od przyjazdu pradziadka do Bogdanówki minęło z górą sto lat. W ciągu tego stulecia przyszły na świat cztery nowe generacje, czyli co 25 lat jedno pokolenie. Wtedy kiedy prapradziadek przybył do Bogdanówki były to czasy pańszczyźniane, bo Konstytucja Trzeciego Maja uchwalona w roku 1791 weszła w użycie w Galicji 17 kwietnia 1848 roku, czyli całe 57 lat później. Więc pan Paprocki był nie tylko panem dworu, lecz i całej wioski. Mianował on wtedy Błażeja Domańskiego wójtem gminny, którą to godność pełnił nawet i po zniesieniu pańszczyzny, bo aż do swojej śmierci.

Młodzi państwo Paprockich doczekali się tylko jednego syna, któremu było na imię Michał.
Kilka lat pożycia Paprockich przeszło podobno bardzo szczęśliwie. Natomiast świat i życie jest zmienne, więc ta zmiana wpłynęła na rodzinę Paprockich bardzo ujemnie. Pan Paprocki podczas polowania zimową porą, silnie się przeziębił, w rezultacie czego nabawił się ciężkiej choroby gruźlicy. Ta choroba wtedy była prawie nieuleczalna. Po roku, mimo usilnych zabiegów młodej żony, lekarzy i znachorów, pan Paprocki pożegnał świat, pozostawiając żonę z młodocianym synem Michasiem, jako prawowitym następcą ich szerokich posiadłości.

Jednakowoż pan Paprocki widząc gasnące swoje życie, nie chciał pozostawić na łasce losu swojego przyjaciela Domańskiego, więc ukroił mu z łanów cały grunt 24 morgi najlepszej ziemi i dość duży plac budowlany. Życzył on sobie, ażeby Błażej pozostał na dworze jako zarządca tak długo, jak długo wymagać będzie jego potrzeba. Widocznie liczył na to, że żona jako młoda kobieta może wyjść za mąż ponownie, a drugi mąż może Błażeja odseparować całkowicie od dworu. Dlatego obdarzył go ziemią i pieniądzmi, aby na taką ewentualność był zabezpieczony.

Lata mijały, ale pani Paprocka nie myślała wcale o ponownym ślubie. Cały swój wysiłek wkładała na wychowanie i kształcenie młodego Michasia. Błażej Domański jak za życia pana tak i teraz mieszkał stale we dworze, będąc całym gospodarzem i doradcą pani. Młody Michaś uczył się z gospodarką dworu, na którym miał zostać panem.
Lata wyleczyły panią Paprocką po utracie męża no i gospodarka kwitła dobrobytem. A oto następuje nowa i najboleśniejsza tragedia w życiu pani Paprockiej, która ją tak dotknęła boleśnie, że we wyniku tej tragedii następuje zupełna dezorganizacja nie tylko jej majątku, ale także i jej życia.

Młody Michaś poza szkołą był wielkim zwolennikiem polowań i fanatykiem konnej jazdy.
 Pewnego dnia podczas wakacji wybrał się z kolegami na polowanie. Cwałując przez pola co koń wyskoczy, nie wiadomo, z jakich przyczyn koń skoczył tak nagle w bok, że młody jeździec spadł s konia. Nieszczęście tak chciało, że padając, nie wysmyknął nogi ze strzemienia, a koń rozszalały ciągnął go po ziemi w całym galopie tak długo, aż koledzy złapali spłoszonego rumaka i uwolnili młodego pana. Tym razem były to jego ostatnie polowanie i konna jazda. Do dworu przywieziono pół martwego synalka. Zrozpaczona matka sprowadziła do łoża syna trzech najlepszych lekarzy, aby ratować życie jedynaka, dla którego tylko żyła i gotowa była oddać nie tylko swój majątek, lecz własne serce.
Po pewnym czasie rany zewnętrzne zgoiły się, ale chłopak z dnia na dzień niknął w oczach matki. Okazało się, że oprócz pokaleczenia zostały naruszone nerki, które zaczęły się psuć. Stropiona matka spędzała bezsenne noce przy łóżku chorego razem z lekarzami, ale to wszystko na nic się zdało. Po kilku miesiącach beznadziejnych trudów lekarzy, nieubłagana śmierć przerwała nić jego życia. Dla kochającej matki, która widziała w osobie syna swoją przyszłość, swe życie i to wszystko, co może widzieć matka kochająca jedynaka, już nic nie pozostało. Syn był dla niej nie tylko skarbem najdroższym w świecie, ale źrenicą patrzącą w to jasne słońce. Nic już teraz dla niej nie pozostało tylko smutek, łzy i gorzka czarna żałoba aż do grobowej deski. Ostatnia tragedia ugodziła matczyne serce zatrutym sztyletem, z której to boleści nie wyleczyła się do swego zgonu.

Od tej pory oblicze gospodarki zmieniło się tak, jak jej własne serce. Pani Paprocka od zgonu ostatniej najdroższej osoby o gospodarce nie myślała, bo już nie było dla kogo. Przyodziała czarne żałobne szaty i szła każdego dnia na pobliski cmentarz, aby tam szukać ukojenia duszy w modlitwie, popłakać, poskarżyć się na mogile męża i syna, w których złożyła całe swoje nadzieje. Pomnik, który postawiła na tych grobach, stoi do dzisiaj obok historycznej kaplicy polskiej zamienionej na cerkiew grecko-katolicką pod wezwaniem Świętej Anny.

Fotografia z pamiętnika Jana Domańskiego

Historyczna Kaplica w Bogdanówce. Rysunek z pamięci – Jan Domański.
Zamieniona na cerkiew grecko-katolicką pod wezwaniem Świętej Anny. Zbudowana była z olbrzymich dębowych brusów z dawnego lasu w Bogdanówce. Do 1908 roku była kryta gontami. Potem pokryto ją blachą. W czasie tego remontu przebudowano też wieżyczkę, która do tej pory miała styl kaplic polskich i zbliżono ją do kopuł cerkiewnych. Kaplicę otaczał wieniec jesionów i lip, które liczyły ponad sto lat. Władze dla bezpieczeństwa kazały te jesiony wyciąć wiosną 1914 roku. Została ona zniszczona przez Niemców w czasie wojny, kiedy liczyła ponad 280 lat. Nie wiadomo kto był fundatorem tego zabytku, jedynie archiwa stare wiedziały jej pochodzenie.

Kaplica przed wojną w 1939 roku miała około 280 lat. Zbudował ją jakiś szlachcic, który był właścicielem dworu, dla własnego użytku. Później, gdy wieś zaczęła się rozrastać, kaplica stała się stanowczo za mała. A więc pani Paprocka powiększyła ją własnym kosztem przez dobudowania tak zwanego ,babińca’. Podobno do końca życia jedyną troską jej była właśnie ta drewniana kaplica, przy której obok były dwie mogiły, na których każdej wiosny sadziła świeże róże i podlewała wodą i własnymi łzami. Pomnik na tych mogiłach był postawiony częściowo z kamienia, natomiast druga połowa z żelaza. Postument był kamienny a krzyż żelazny i dość wysoki z okrągłą tarczą pośrodku okoloną cierniowym wiankiem. Na tej tarczy była data śmierci, ale trudno ją było odczytać, gdyż rdza po tylu latach te numery całkowicie zniszczyła. Groby były otoczone dość silnym częstokołem, co robiło wrażenie niedużego ogródka.
Do pierwszej wojny światowej rosła tam jeszcze wątła róża, chociaż była nieobkopywana i niepilnowana przez nikogo. To chyba pamięta każdy człowiek z Bogdanówki, który urodził się przed wojną 1914 roku.
Po śmierci syna, pani Paprocka żyła prawie życiem zakonnym, ale żyła jeszcze sporo czasu, bo około 20 lat. Nie gospodarzyła już we dworze. Postanowiła dwór sprzedać, a pieniądze podzielić dalszą rodzinę i na cele dobroczynne.

Folwark zakupił pan Malczewski, ojciec późniejszego generała austriackiego, który po roku 1918 był dowódcą polskiego D.O.K. (Dowództwo Okręgu Korpusu) 6 we Lwowie do 1924 roku. Po tej dacie poszedł w stan spoczynku, gdyż był to człowiek już dosyć stary. Ten właśnie generał, będąc dzieckiem, był w Bogdanówce i nasi ojcowie pamiętali go dobrze.

Pani Paprocka, mimo że sprzedała dwór, ale z Bogdanówki nie myślała się nigdy wynosić. Chciała ona tutaj dokończyć swojego życia i tu spocząć na wieki obok syna i męża. Sprzedając dwór, zastrzegła sobie, na dożywotne użytkowanie jedno skrzydło pałacu, a to te salony, w których ona dużo nocy spędzała przy łożu syna i męża; cztery wyjazdowe konie, furmana, kucharza i pokojówkę oraz jakiś procent z ogólnych zbiorów zbóż z pól no i dostateczną ilość nabiału i mięsa do życia.

Od tej pory mój pradziadek Błażej został odseparowany od gospodarki obszaru dworskiego, a zatem zaczął gospodarzyć na gospodarce własnej. On jednak chodził do pałacu pani Paprockiej każdego dnia na pogawędkę. Do życia jej nic nie brakowało, ale potrzebna jej była rada duchowa. Wat, który dostawała, gdy nie zużyła, rozdawała swojej służbie, a zasadniczo zabierał najwięcej Błażej Domański. Wreszcie stargana życiem, zmarła i legła obok dwóch jej drogich mogił męża i syna. Tak skończyło się panowanie Paprockich i kariera pradziadka Błażeja.

W tę mniej więcej porę córka Błażeja Tekla była już zamężna, natomiast syn Bartłomiej jako młodszy oglądał się za żoną. Gospodarka była w pełnym rozkwicie i nie brakowało tam ani chleba, ani fortuny pieniężnej. Pradziadek gospodarzył wzorowo i był podobno inteligentnym człowiekiem. Z powodu nawału obowiązków przy dworze i nad gminą popełnił jeden błąd, że zaniedbał wychowanie syna. Syn bogaty, opływający w dostatek nie doceniał tego, że dopływ pomocy ze dworu skończył się na zawsze i że trzeba myśleć o gospodarce. Miał podobno zawsze koło siebie dużo przyjaciół, bo to już tak jest, że kto się ma dobrze, temu nie zabraknie nigdy towarzystwa. Pradziadek Błażej widział potem to wszystko, ale był tej myśli, że gdy się ożeni, to się odmieni.

Jako ciepłego gospodarza synek zapoznał dziewczynę z najbogatszego wówczas rodu w Bogdanówce, Smaruniów Annę. Ród ten podobno był tak bogaty, że po okolicy u ludzi wierzących w różne czary, utarło się, że ta rodzina posiada diabła. Krążyły wersje, że ktoś tam widział w nocy małego czarnego chłopaka huśtającego się na gruszy, to inni, że taki sam chłopak pilnował pasieki no i tym podobne wersje. Jednym słowem były to wersje śmieszne i nie na miejscu, jak zwykle u ludzi wtedy bywało. Inne podania krążyły, że poprzednik tego rodu będąc na wojnie, dziwnym trafem znalazł rozbitą wojskową kasę, którą zakopał do ziemi, a potem w tajemnicy przytransportował ją do domu. Ile w tym było prawdy, trudno dzisiaj nad tym się rozczulać, jedno jest faktem, że byli bogaci. Doszło do tego, że Bartłomiej poślubił swoją bogatą wybrankę. W krótkim czasie po ożenieniu się Bartka, Błażej zmarł na jakąś epidemię cholery, która wtedy w Bogdanówce spławiła podobno dużo ludzi.

Dziadek Bartłomiej stał się nagle spadkobiercą świetnej gospodarki. Wobec tego, że Błażej nie liczył się jeszcze z rychłą śmiercią i nie zrobił testamentu, więc sąd prawnie rozdzielił gospodarkę na dwie części, a to na Bartłomieja i na Teklę jako spadkobiercy. Od tej chwili gospodarka przybiera inne oblicze, a to na gorsze.

Dziadek Bartek mając dość bogatą gospodarkę i kapitał zaoszczędzony przez pradziadka, a w dodatku bogatą żonę, zaczął gospodarzyć, tak jak on rozumiał. Całe kółko dobrych przyjaciel i piła się wódka kwartami za zdrowie młodego gospodarza. Zaoszczędzony majątek szybko płynął strumieniami wódki, a dochody wskutek złej gospodarki, były słabe, albo ich wcale nie było.

Najlepszy przykład jest, że nie zwracał uwagi na swojego syna, czyli mojego ojca Mikołaja, że nie nauczył go nawet pisać ani czytać. Syn chował się w środowisku ruskim, wzrosły w niego zwyczaje ruskie i język potoczny stał się ruski też. Błąd jednego z przodków zniekształcił czysto polską, a nawet szlachecką rodzinę, której ojcowie bronili i za Polskę ginęli.

Pierwszym dzieckiem mojego dziadka była córka Maria, czyli moja ciocia urodzona w roku 1867. Maria wyszła za mąż za miejscowego Rusina Wasyla Andruńko. Trzy lata później przyszedł na świat mój ojciec Mikołaj w roku 1870. Będąc dorosłym już młodzieńcem, został powołany do armii austriackiej do 35 Pułku Artylerii Polowej stacjonowany w Stanisławowie i w Czerniowcach na Bukowinie. Ożenił się z dziewczyną Anną z rodu Jaremków i matki Tekli z rodu Zwaryczów. Babkę ja dość dobrze już pamiętałem. Trzecie dziecko z rzędu mojego dziadka na świat nie przyszło i właśnie babka przy porodzie zmarła przedwcześnie.

***

Wracając do tematu, który tyczy się Tekli siostry mojego dziadka Bartłomieja, to ona wyszła za mąż za poza miejscowego Rusina z Serwer na nazwisko Ksenczyn, który miał przydomek ,Bożek’. Z tego małżeństwa rodzi się na świat córka Rozalia. Po kilku latach pożycia z Bożkiem Tekla umiera jako młoda kobieta. Bożek ożenił się po raz drugi. Z ponownego małżeństwa przychodzi na świat syn Stefan. Więc Rozalia była siostrą Stefana, ale tylko po ojcu.
Dlaczego ja o tym piszę? Otóż nikt w Bogdanówce nie nazywał Rozalii Ksenczyn tylko Domańska. Była ona wprawdzie z matki Domańskiej, ale jej prawdziwe nazwisko po ojcu było Ksenczyn. Tekla umierając, zapisała swój majątek na jedyną córkę Rozalię, nie licząc tego, co prawnie należało się mężowi po spadku żony.
To ponowne małżeństwo Bożka było nieszczęściem dla osieroconej córki Rozalii. Macocha ciągle ją biła, natomiast Bożek nie tylko, że nie wstawiał się za córką, lecz szedł śladem żony i też ją bił i maltretował. Dziewczyna od tych ciągłych ciosów w głowę zgłupiała. Nazywano ją potocznie głupia Ruśka Domańska. Dziadek podobno dużo razy chodził bić Bożka za tę biedną Rozalię, ale cóż to dało, kiedy ona była już nie pełna rozumu. Wreszcie stary Ksenczyn (Bożek) umiera, a na jego gospodarce został jego syn Stefan, którego ja zasadniczo wołałem stryjem, gdyż był on bratem ciotki Rozalii. Nie był on wprawdzie dla mnie żadnym stryjem, gdyż nic wspólnego nie miał z rodziną Domańskich, ale to się już tak utrwaliło. Stefan zdawał sobie sprawę z tego, że cały plac budowlany oraz kilka morgi dobrej ziemi był własnością tej właśnie głupiej Rozalii, na którym on się gospodarzył, więc starał się z moim ojcem żyć w zgodzie sąsiedzkiej.
Sąd w Zborowie zatwierdził mojego ojca prawnym opiekunem głupiej Rozalii jako najbliższego członka żyjącej rodziny, aby ten nie pozwolił mścić się nad zgłupiałą Rozalią. Stefan na pewno myślał o tym, że na wypadek znęcania się nad Ruśką, mój ojciec może wytoczyć mu sprawę sądową z ramienia opiekuna, zabrać Rozalię do siebie, a Stefanowi powie wynosić się z placu i gruntu. A więc Stefan starał się żyć z ojcem dobrze a przeważnie stryjenka była kobietą dość dobrą pochodzącą z rodu Andruńków, ona to łagodziła i nie przywiązywała zbyt wielkiego nieszczęścia, gdy głupia często robiła krzyki i hałasy.
Rozalia nie była wariatką szkodliwą, pracowała jak wół, gdyż była wyjątkowo silna, a nie wymagała nic, co by ponosiło jakieś znaczniejsze koszta. Zmarła w roku 1917 podczas wojny, mając około 67 lat.
W 1922 roku zawołano ojca i ciocię Marię do Zborowa do rejestru zbiorowego po zmarłej Rozalii jako najbliższych spadkobierców, którym należało się część majątku. Ojciec żyjąc ze Stefanem dobrze, nie chciał naruszać spokoju sąsiedzkiego, więc ze swojej części zrzeka się na rzecz Stefana. Ciocia Maria poszła śladem ojca i zrobiła to samo. W ten sposób część majątku Domańskich przechodzi zupełnie w obce ręce.

***

Mój ojciec odziedziczył po dziadku gospodarkę bardzo już uszczuploną i rozebraną z zasobów pozostałych po pradziadku Błażeju. Nierozsądne postępowanie dziadka odbiło się źle na moim ojcu i cioci Marii. Dziadek Bartek żył najmniej od swoich poprzedników, bo zmarł, mając zaledwie 52 lata. Śmierć nastąpiła wskutek wypadku. W sezonie żniw zwożono snopy z pola i układano w stóg i wtedy to nie wiadomo, z jakich przyczyn spadł ze stogu na ziemię i coś w sobie oberwał. Chorował całą jesień i w czasie Świąt Bożego Narodzenia zakończył życie. Na podstawie słów mojego ojca, to dziadek na kilka lat przed jego śmiercią dosyć się ustatkował, ale to chyba dlatego, że brakowało pieniędzy na po pijatykę to i przyjaciele odpadli też.

***

Co do pokolenia mojego ojca to pobił on rekord swoich poprzedników, gdyż wychował trzech synów i dwie córki. Ojciec, co prawda, nie powiększył gospodarki, ale i nie stracił nic z tego, co odziedziczył. Był dosyć pracowity, ale warunki tak się układały, że o zwiększeniu gospodarki nie było mowy. W roku 1903 przeżył silny pożar, który strawił wszystkie zabudowania gospodarcze. Budowa pociągła za sobą znaczne koszta. Dziecko po dziecku było przeszkodą w pracy i koszta utrzymania się powiększyły.

Jednakowoż ja będąc dzieckiem, nie wiedziałem, co to znaczy być głodnym. Pamiętałem tylko jedną babkę po matce Teklę która zmarła tuż przed pierwszą wojną światową. Mój  dziadek, Stefan Jaremko, zmarł o wiele wcześniej, natomiast dziadek Bartłomiej i babka Anna Domańscy umarli, kiedy mnie w ogóle na świecie jeszcze nie było. Moja świętej pamięci matka była zupełnie podobna do babki, jak z figury tak z natury. Ona  była naprawdę opiekuńczym aniołem. Tuliła nas do siebie jak kura kurczęta, a oczy dzieci śmiały się nad wyraz szczęścia, patrząc w te dobre oczy matki. Więc któż z nas potrafi zapomnąć tę świetlaną postać? Mój świętej pamięci ojciec był natury surowej i narzucający swoją wolę. Moja siostra Katarzyna odziedziczyła po ojcu może najwięcej charakteru, bo w latach dziecinnych była uparta i stawiająca swoje ,ja’ ponad wszystko. Będąc uczennicą już czwartej klasy, bawiła się jeszcze ciągle lalkami, a gdym jej nieraz te lalki porozrzucał, to biła się ze mną po kilka razy dziennie.

Jan Domański

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

W archiwum