Szkolne Lata 1910-1914 r.

W 1913 roku ja w nauce postąpiłem dość naprzód, a nawet dostałem małą nagrodę za dobrą naukę. Rok ubiegły przeszedł słabo, a to dlatego, że mieliśmy nauczyciela Nowaka, który był pół wariatem, który o dzieci wcale się nie troszczył, a za to urządzał jakieś nieprawdopodobne dziwactwa i sztuki.
Oto jeden taki fragment z jego nauki w Bogdanówce. Pewnego dnia tuż przed wakacjami 1912 roku, klasa starsza czytała o wyprawie króla Jana Sobieskiego pod Wiedeń. Po przeczytaniu tego ustępu wpadło mu do głowy, zademonstrować jak to wyglądało praktycznie. Więc on z dziewczętami pozostał w klasie jakoby król Sobieski w Wiedniu, a starszych i młodszych chłopaków wypędził na dwór, mówiąc:
— Wy jesteście teraz Turkami, ja królem Sobieskim a szkoła Wiedniem. Proszę teraz siłą zdobywać ten Wiedeń.
Zaryglował drzwi i pozamykał okna. Hałasujemy wszyscy jakżeż ten Wiedeń zdobyć. Wśród uczni starszej klasy był Piotr Szamryk, zwany diabłem i ten pokierował całą akcją. Kazał nam wszystkim iść pod budujący się kościół i nabrać, ile kto może kamieni i odłamków cegły. Po przyniesieniu tej amunicji rozpoczęliśmy bombardowanie kamieniami drzwi i okna. Nauczyciel widząc, że to nie są żarty, otworzył okno i zaczął wołać, aby zaprzestali. Wreszcie dostał kamieniem w czoło i skrył się za ścianą. Dziewczęta w strachu pokryły się popod ławki, bo kamienie furczały aż do tablicy w klasie. Murarze widząc z rusztowania tę niezwykłą scenę, zeskoczyli z kijami, by odpędzić od szkoły zwariowanych dzieci. Na placu budowy był też wójt Tomasz Marciniszyn i ten złapał któregoś z tych Turków i zaczął lać po tyłku. Dzieci zaczęły krzyczeć, że to nam profesor dał taki rozkaz, aby zdobywać Wiedeń. W toku inwestygacji dowiedział się całej prawdy. Wtedy do nauczyciela zaczął krzyczeć:
— Co pan zwariował? To pan robi ze szkoły Wiedeń i z dzieci Turków?
Rezultat był taki, że tego dnia chłopcy wybili wszystkie okna, pokaleczyli drzwi i ściany, a nawet ławki i tablicę. Dziewczęta na dodatek wylały na korytarzu całą beczkę wody.
Za parę minut był już na miejscu pan Sykora jako przewodniczący Komitetu Szkolnego. Wszystko zbadał, spisał i podał do Kuratorium Szkolnego w Zborowie.
Za kilka dni przyjechał inspektor powiatowy i zapadła decyzja umieszczenie nauczyciela w zakładzie dla umysłowo chorych. Był tam podobno rok i potem dalej uczył, ale do Bogdanówki już nigdy nie wrócił.
Na miejsce usuniętego Nowaka przyszedł bardzo uczciwy i pracowity człowiek na nazwisko Nyszczota. Miał ładną żonę i przy nich mieszkała jej matka, czyli jego teściowa.
Ten nauczyciel co dziennie kupował dwie litry mleka w naszym domu. Pewnego grudniowego dnia była bardzo gołoledź a matka dała mi mleko zanieść do pani Nyszczotowej. Idąc, nogi mi się pośliznęły, upadłem i mleko się wylało tuż przed drzwiami szkoły. Pani Nyszczotowa to zobaczyła, wybiegła i powiedziała:
— O nic takiego się nie stało.
— Ale gdzie teraz pani weźmie mleka i co ja matce powiem?
— Idź Janku do domu i powiedz, że ja dzisiaj potrzebuję jeszcze dwie litry i nic matce nie mów, co się stało.
Na szczęście mleko było i cała sprawa była załatwiona.
Na żal, ten nauczyciel był u nas tylko jeden rok, bo tak młodych nauczycieli przyganiano, więc przenieśli go w okolice Załoziec do Milna. Ta pani była bardzo dobra i zawsze, gdy przynosiłem mleko, dawała mi za drogę cukierki. A ten nauczyciel za rok zrobił w nauce dzieci szalone postępy.

Pewnego razu ojciec jadąc na targ do Załoziec, zabrał mnie ze sobą do pilnowania koni. Na rynku było pełno ludzi i straganów, co mnie bardzo ciekawiło widząc po raz pierwszy tyle ludzi i hałas jak w ulu. Nagle ktoś mnie zawołał, Jasiu. Była to pani Nyszczotowa.
— Co ty tu robisz? — zapytała.
— Pilnuję koni, proszę pani.
Zapytała wtedy o zdrowie rodziców, jak się uczę w szkole i czy nie rozlewam mleka?
— Pozdrów ode mnie mamusię i tata.
Odchodząc, dała mi parę groszy, abym sobie coś kupił. Od tej pory już tej pani nie widziałem nigdy.

***

W letnią porę ojciec pracował codziennie w polu, lub jechał po materiały na kościół. Matka też pracowała w polu, w ogrodzie lub w domu. Starsza siostra Katarzyna pasła bydło, ja zaś poza szkołą pilnowałem młodych kaczek, ażeby wrony nie kradły i miałem oko na młodszą siostrę Annę i jeszcze małego brata Antoniego, którego trzeba było pilnować jak oka w głowie, bo właził, gdzie go nie posiano. Przy tej służbie szukałem sobie osobistej godnej rozrywki. Pewnego pięknego dnia przyszedł Piotr Osadcia, no i żeby coś spsocić, postanowiliśmy budować kościół. Ja się zrobiłem Stawarskim, a Osadcia Łańcuckim, a to dlatego, że inżynier Stawarski mieszkał u nas w domu, a u Natalki Osadcia mieszkał Łańcucki. Na podwórzu stał cały stos ładnych płyt kamienia, który ojciec nawiózł z Kukutkowiec na pobudowanie piwnicy na ziemniaki. Wybraliśmy sporą kupę mniejszych równych kamieni, namiesili z gnojówką gliny i rozpoczęliśmy budować kościół w formie dużej budy dla psa. Podnieśliśmy mury może na metr wysokości i trzeba było zakładać dach, ale nie było z czego. W komorze stała duża beczka, w której jesienią kiszono ogórki lub kapustę na zimę. Bez pardonu pozbijaliśmy siekierą obręcz i z klepek zrobiliśmy dach jak lala. Gdy już kościół stał gotowy na środku podwórza, nagle ojciec wjechał wozem z podróży. Gdy zobaczył na środku podwórza całą kupę porozbijanych kamieni, a w dodatku rozbitą beczkę więc rzecz jasna, że wpadł w złość i obydwom fundatorom zlał tyłki, ile się tylko wlazło. Piękna zabawa, ale skończyła się nie bardzo wesoło.

***

Rok 1913 był rokiem bardzo dziwnym. Dziatwa szkolna nie wiedziała innej zabawy jak zabawa w wojsko i w wojnę. Był to doprawdy instynkt nadzwyczaj dziwny, że to samo rodziło się u dzieci nie wiadomo z czego, a czego do tej pory nie było. O tym zjawisku rozmawiali starzy ludzie po domach, że coś podobnego jeszcze nie widzieli. Każdy chłopak biegał w papierowej czapce zrobionej na styl ułańskiego czaka, przy boku miał drewnianą szablę i przez plecy taki sam karabin na sznurku. Chłopcy się dzielili na dwie wrogie grupy i prowadzili tak zaciętą walkę, że nie jeden szedł spać z guzem na czole. Ludzie patrząc na tę codzienną zabawę, przepowiadali, że to na dobrze nie wróży. Rzeczywiście rok ten był tym rokiem gdzie, nie tylko dzieci bawiły się w wojnę, ale starsi też długimi wieczorami rozmawiali o nadchodzącej burzy wojennej. W miastach i po wioskach rosły jak grzyby ,Drużyny Bartoszowe’ i ,Sokołów’.
Pamiętam jak pewnej niedzieli przyszli do Bogdanówki, na zaproszenie księdza, Sokoły z Bzowicy i Trościańca ubrani w szare mundury z żółtymi kołnierzami i mankietami, i w czapkach (rogatywkach) z wysokimi piórami. Szło wtedy dużo ludzi z biało-czerwonymi flagami na cmentarz niosąc dębowy krzyż, na którym był napis ,Cześć powstańcom z roku 1831-1863′. Młodzież była ubrana w biało-czerwone pasy i maszerując, śpiewali „Z dymem pożarów” i „Bartoszu, Bartoszu hej nie traćmy nadziei”.
W miastach był wtedy silny odruch wolnościowy. Józef Piłsudski tworzył polskie oddziały strzeleckie, na co zaborca Austria godziła się, przygotowując się do rozgrywki z Rosją, ale na pewno też miała na myśli swój własny interes. W tym nie zwykłym ruchu ludność miast i wsi w całym kraju domyśliwała się, że rozgrywka orężna pomiędzy zaborcami musi być chyba bliska. Księża, jak polscy tak ruscy ciągle przypominali, że zbliża się czas wielkich zmian na świecie, że musimy być do tego przygotowani, bo nikt nie potrafi dziś odgadnąć, co z sobą przyniesie konflikt zbrojny albo większa burza wojenna. Polska prasa ze Lwowa i Tarnopola wyrażała się jawnie, że zbliża się czas położenia fundamentów pod nową Rzeczpospolitą Polską. Ruska prasa i duchowieństwo przeciwstawiała się i głosiła hasła nie po myśli Polaków, nawołując też do wstępowania w ochotnicze oddziały ,Siczowych strilciw’.
Na razie jeszcze było spokojnie, praca szła normalnie, a moja matka ciągle mi nakazywała, pilnuj Antka i kaczek, żeby wrony nie pokradły, bo mi uszy oberwie. To wszystko, co się wałkowało od szeregu lat, nagle dojrzało w roku 1914.

***

W Bogdanówce na przestrzeni lat 1910-1914 nastąpiła szalona zmiana. Stał piękny nowy kościół, natomiast część obszaru dworskiego zostało rozparcelowane na rzecz chłopów. Tą drogą Bogdanówka wzbogaciła się jeszcze w cztery polskie rodziny, a to Michał Olender, Wojciech Szklanny, Gerc Andrzej i Półtorak Józef, wszyscy z Trościańca Wielkiego. Oni kupili w łącznej ilości około 80 morgi ziemi ornej i łąk oraz część sadu na place budowlane. Była to znikoma ilość wobec tego majątku, jaki posiadał dwór, gdyż on sam miał tyle gruntu co cała wieś, ale był to początek upadku dworu i stopniowe przejście ziem w ręce pracowitego chłopa.
Jak wspomniałem, po pani Paprockiej panował nad dworem dość długo pan Malczewski. Gdy syn Malczewskiego został generałem w wojsku austriackim, stary Malczewski z powodu starości i braku następcy, folwark sprzedał. Kupił go bogaty tarnopolski Żyd, którego ludzie nazywali Gisbryk, a którego prawdziwe nazwisko było Grinsberg. Ten panował nie bardzo długo, bo około dwudziestu lat. W roku 1911 Grinsberg sprzedał dwór drugiemu Żydowi z Tarnopola na nazwisko Rotstein. Ten nie mając dostatecznej gotówki na zapłacenie, postanowił sprzedać około 80 morgi. Chłopi nie chcieli kupować bez placów budowlanych, więc to zmusiło nowego właściciela do sprzedania części sadu owocowego, a część ta stanowiła najpiękniejszą dekorację dworu. Rotstein panował do wojny i po wojnie aż do chwili kiedy rozdzielił na swoich dwóch synów po równej części, na Abrahama i Srula. W czasie wojny pałac i zabudowania gospodarcze zostały całkowicie zrujnowane, więc po wojnie oni wybudowali dwa oddzielne folwarki i gospodarzyli każdy na swoim. Gdzieś około roku 1930 Abraham sprzedał swój folwark na rzecz pozamiejscowego Ukraińca Antoniego Bałabana. Srul poszedł śladami brata i puścił w parcelację też swój folwark. Część zakupił razem ze zabudowaniami Olender Jan z Trościańca Wielkiego, a resztę rozkupili chłopi z Bogdanówki. Bałaban też był bardzo krótko. Sprzedał część w 1933 roku na rzecz Józefa Gerca Polaka z Białokiernicy, część zakupił mój szwagier Jan Laskowski, a resztę po morgu czy po dwa rozkupili chłopi. Znaczną część rozdzielonego folwarku zakupił Marcin Marciniszym, Jan Janiga oraz jakiś człowiek z Ostaszowiec, który zakupił część łanu zwanego Wązkie i Ścieżka. W ten to sposób cały niegdyś olbrzymi dwór przeszedł całkowicie w ręce chłopów, co z resztą stało się słusznie i sprawiedliwie. Jeśli tutaj jest mowa o byłym obszarze dworskim, to postanowiłem z pamięci naszkicować mapkę, jak wyglądał ten dwór za moich lat i jak wyglądał pałac Paprockich, który dokładnie pamiętam do roku 1917, kiedy on został całkowicie zniszczony.
 Nie wiem, w jakim roku ten pałac został zbudowany, to jednak są pewne dane, że zbudował go młody pan Paprocki po przybyciu do Bogdanówki między latami 1840-1850. Stanął on na miejscu starego pałacu, który został rozebrany.

Obszar Zabudowań i Sadu Dworu Paprockich w Bogdanówce i część parcelacji z 1911 roku. Szkic Jana Domańskiego. Fotografia z pamiętnika Jana Domańskiego

Obszar Zabudowań i Sadu Dworu Paprockich w Bogdanówce i część parcelacji z 1911 roku.
Szkic Jana Domańskiego. Fotografia z pamiętnika Jana Domańskiego

Pałac Paprockich w Bogdanówce. Fotografia z pamiętnika Jana Domańskiego. Jak wyglądał ten dwór przed rokiem 1911-1918, to narysowałem go z pamięci i rozkład zabudowań tuż przed wojną 1914 roku. To osobiście dokładnie pamiętałem. Nie ma dokładnej daty budowania tego pałacu. Jedynie na podstawie przybycia Paprockich do Bogdanówki można się domyślić, że w chwili jego zniszczenia liczył z górą sto lat. Stanął on podobno na miejscu starego pałacu, który Paproccy rozebrali. Pałac posiadał trzy ganki; południowy, północny i ganek boczny do kuchni i sali jadalnej. Posiadał dużo większych i mniejszych komnat. Zniszczony został doszczętnie przez wojnę w latach 1914-1918.

Pałac Paprockich w Bogdanówce.
Fotografia z pamiętnika Jana Domańskiego.
Jak wyglądał ten dwór i rozkład zabudowań tuż przed wojną 1914 roku to osobiście dokładnie pamiętałem i narysowałem z pamięci. Nie ma dokładnej daty budowania tego pałacu. Jedynie na podstawie przybycia Paprockich do Bogdanówki można się domyślić, że w chwili jego zniszczenia miał z górą sto lat. Stanął on podobno na miejscu starego pałacu, który Paproccy rozebrali. Pałac miał trzy ganki; południowy, północny i ganek boczny do kuchni i sali jadalnej. Było w nim dużo większych i mniejszych komnat. Został doszczętnie zniszczony podczas wojny w latach 1914-1918.

***

Pisząc dzisiaj te słowa, mam na myśli, jak piękny był ten czas, kiedy to powoli likwidowały się dwory, a na tych ziemiach zaczął pracować chłop, który z tej ziemi wydobył o wiele więcej niż za czasów panowania panów. Z żalem ubolewam, że na tym gruncie nie dano mi gospodarzyć długo.
Czasem mnie nawet dziwi, że są ludzie, którzy poradzą prędko zapominać ścieżki dziecinnych lat, po których biegał bosymi nogami i mył je w srebrzystej rosie, a której tutaj w Kanadzie tak mało się widzi. Pamiętam wiersz z lat szkolnych napisany przez naszą wielką poetkę Marię Konopnicką, która w tym wierszu dała całe swoje serce, czym jest twój rodzinny dom. Nie rozumiałem go, wtedy kiedy byłem młodziutkim chłopcem u boku rodziców i pod rodzinnym dachem. Zrozumiałem go dopiero teraz, gdy los wojny pozbawił mnie widoku tych najbardziej kochanych stron i rodzinnego domu.

Pieśń o Domu
(Maria Konopnicka).

Kochasz ty dom, rodzinny dom,
Co w letnią noc skroś srebrnej mgły,
Szumem swych lip wtórzy twym snom,
I ciszą swą koi twe łzy?

Kochasz ten dom, ten stary dach,
Co prawi baśń o dawnych dniach,
Omszałych wrót, rodzinny próg,
Co wita cię z cierniowych dróg?

Kochasz ten dom, rzeźwiącą woń,
Skoszonych traw i płowych zbóż,
Wilgotnych olch i dzikich róż,
Co głogiem kwiat wplatają w skroń?

Kochasz ty dom, ten ciemny bór,
Co szumów swych potężny śpiew,
I duchów jęk, i wichrów chór,
Przelewa w twą kipiącą krew?

Kochasz ty dom, rodzinny dom,
Co wpośród burz w zwątpienia dnie,
Gdy w duszę ci uderzy grom,
Wspomnieniem swym ocela cię?

O, jeśli kochasz, jeśli chcesz,
Żyć pod tym dachem, chleb jeść zbóż,
Sercem ojczystych progów strzeż,
Serce w ojczystych ścianach złóż.

Jan Domański

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

W archiwum